Felieton na weekend
Jak naśmiewać się z 2,5 mln bezrobotnych


C
zy ktoś może się zastanawiał, w jaki sposób naśmiewać się z bezrobotnych? Albo jak zrobić omlet z wiolonczeli? W tym miejscu, co zrozumiałe, można się żachnąć, że to wątpliwy pomysł, tak naigrawać się z Bogu ducha winnego instrumentu. Zostańmy zatem przy bezrobotnych.

Śmiać się z nich nie jest wprawdzie łatwo, o czym przekonała się niewolnicza armia powstańców Spartakusa, kiedy po przegranej bitwie pod Brundisium Marek Krassus ukrzyżował 6 tysięcy z nich wzdłuż drogi Kapua-Rzym. (Nigdzie nie pracujący patrycjusze rzymscy nagrodzili go za to łukiem tryumfalnym oraz nadzwyczajnymi pełnomocnictwami na prowadzenie wojny z kółkiem komików). Jednak te tragiczne wydarzenia nie powinny zniechęcać do podjęcia próby odpowiedzi na postawione w tytule pytanie, choćby przytoczona tam liczba była największą, z jaką się zetknęliśmy.

Zresztą, zostawmy ten zestaw cyfr na boku. Czy ktoś się zastanawia, ilu jest ułomnych na świecie, kiedy opowiada dowcip o kuternodze? Albo, czy ma przed oczami hekatombę ofiar, gdy snuje kawał o samobójcy, który na sposób pozbawienia się życia wybrał trzęsienie ziemi? A może widzi krocie poległych, strzelając dowcipem o nie ubezpieczonych saperach? Czy ktoś bierze pod uwagę ilość bogatych, żartując z Rockefellera? Zatem nie przejmujmy się liczbą bezrobotnych, nawet jeśli ten ostatni przykład wydaje się być trochę nie na miejscu.

Z ludzi pozbawionych pracy natrząsamy się podobnie, jak to czynimy, śmiejąc się z niepełnosprawnych, chorych, czy piosenkarzy. Pod warunkiem wszakże, że nie przekroczymy granicy dobrego smaku, a najbliższy bezrobotny znajduje się w promieniu minimum trzystu metrów oraz jest głuchy i ślepy od urodzenia, co nie od razu musi oznaczać, że kiedykolwiek nagrał płytę. Nie zapominajmy przy tym, że łatwiej narazić się komuś, niż później tego żałować. W końcu nie każdy ma wypisane na czole „jestem bez pracy” albo „miejsce na twoją reklamę”.

Wybieramy zatem jakiegoś znanego nam bezrobotnego – może nim być na przykład pracownik, którego wylaliśmy niedawno z roboty za krytykę podjęcia decyzji zakupu dwóch ciężarówek astrachańskiego kawioru dla naszej Fundacji Rozwoju Zacofanych Regionów lub za zrobienie sobie przerwy w czasie zaćmienia Słońca. Śmiejemy się do rozpuku z jego umiejętności prowadzenia dysput o imperatywie kategorycznym oraz z biegłości w grze na skrzypcach, choć niekoniecznie jego zdolności powinny nas prowadzić do wniosku, że Bóg nie istnieje. Co prawda pozostaje wątpliwość, czy świat jest taki, jaki być powinien i czy to dobrze, że kiedy parskamy śmiechem, widać nam plomby. Ale przecież mamy prawo do nieodpłatnego oglądania tęczy i trzeciej dokładki sielawy w business class, chociaż w tym drugim przypadku nie wystarczy posiadanie ważnej karty wędkarskiej.

 

Więcej w ostatnim Monitorze Rządowym.

 

 

 
   

Hasło reklamowe „Łosoś w cenie cebuli” zbyt dwuznaczne
 
Pasażerka na gapę wydała swoich wspólników
Obrońca oskarżonego przedstawił aktualny akt zgonu klienta
Urodził się jednogarbny wielbłąd dwugarbny


 


 

 

 
redakcja kontakt © Copyright Nowy Pompon. All rights reserved.